konfabulacje

Księżniczka kryminału?

Głośno od pewnego czasu o Camilli Lackberg, oj głośno. Gdzie nie zajrzę nieustannie trafiam na wywiady z nią, co częściowo ma zapewne wiele wspólnego z niedawną premierą jej najnowszego kryminału. Zdarzyło mi się ponadto usłyszeć pochlebne opinie na temat jej twórczości od znajomych, toteż postanowiłam sprawdzić jak to z tymi jej kryminałami jest. Przeszukując regały miejskiej biblioteki trafiłam przypadkowo na cały szereg książek będących częścią tzw. „czarnej serii”. Nie zastanawiając się wiele i zmniejszając swój limit książek do wypożyczenia z pięciu do czterech, zabrałam ze sobą do domu „Księżniczkę z lodu”.


https://i1.wp.com/www.explorewestsweden.com/wp-content/uploads/2010/09/Camilla-photo.jpg
Camilla Lackberg urodziła się w 1974 roku we Fjallbace, małym szwedzkim miasteczku, w którym także umieściła akcję stworzonej przez siebie sagi. Jej przyszła kariera jako pisarki nie była zapewne dla wielu tak oczywista, gdyż najpierw ukończyła studia ekonomiczne, by następnie rozpocząć pracę w firmie konsultingowej. Wybór zawodu okazał się jednak być zupełnie nietrafiony: Lackberg szczerze przyznaje, że nienawidziła tej pracy. W wolnych chwilach, podobnie jak wielu innych Szwedów, rozpoczęła pisanie własnej książki. Pierwszą, która wyszła spod jej ręki była wspomniana „Księżniczka z lodu”.


Krótko po dotarciu do domu zabrałam się za czytanie zdobytego przeze mnie łupu. Z niedającym spokoju pytaniem „kto zabił?” przerzucałam kolejne kartki. Tożsamość ofiary poznajemy już na samym początku, a w kolejnych rozdziałach odkrywamy tajemnice jej oraz innych mieszkańców Fjallbaki. Podczas pierwszego posiedzenia, któremu towarzyszyły dość spore emocje związane z odkrywaniem nowej, często komplementowanej autorki przeczytałam grubo ponad pięćdziesiąt stron i poczułam się… rozczarowana. Styl pozostawiał wiele do życzenia, a i historia była szyta dość grubymi nićmi. Książkę jednak doczytałam do końca, gdyż chęć odkrycia kim jest zabójca kazała mi odłożyć na bok wszelkie zarzuty. Prawdę poznałam i udałam się do biblioteki bo drugą część sagi. Dokładnie tak. Pomimo wielu zastrzeżeń do pisarstwa Lackberg postanowiłam sięgnąć po kolejną jej książkę. Zachęciły mnie do tego opinie, według których „Księżniczka z lodu” jest częścią najsłabszą, a z każdą kolejną styl autorki zwyżkuje.

„Kaznodzieję” przeczytałam przy okazji wielu godzin spędzonych w pociągu. Nie będę kryć, że lektura umiliła mi (jeśli w przypadku kryminału można użyć takiego stwierdzenia) podróż. Czy styl faktycznie uległ poprawie? Nie wiem. Prawdę powiedziawszy, mam co do tego pewne wątpliwości. Zdaje mi się, że czytelnicy po prostu z biegiem czasu przyzwyczajają się do stylu Lackberg. Historia, w której mamy do czynienia z kilkoma morderstwami w niewielkiej nadmorskiej miejscowości, zaledwie rok po odkryciu poprzedniej zbrodni, również nie jest specjalnie realistyczna. Ale dzięki temu, że część drugą przeczytałam w takich, a nie innych okolicznościach wiem, gdzie tkwił mój błąd: postawiłam poprzeczkę zbyt wysoko. Ufając, iż liczne wywiady z Lackberg w prasie, którą cenię, są swoistym gwarantem literatury wyższych lotów, miałam zbyt wygórowane wymagania odnośnie do jej książek. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy: kryminały zazwyczaj pełnią raczej funkcję czysto rozrywkową. Choć w omawianej serii możemy odnaleźć także bardzo interesujące spostrzeżenia na temat szwedzkiego społeczeństwa, a zwłaszcza jego małomiasteczkowej części, wciąż pozostaje ona serią kryminalną. Fantastycznie nadała się do zabicia czasu w pociągu i choć dalej uważam, iż styl pozostawia wiele do życzenia, chętnie sięgnę po część trzecią gdy tylko będę miała czas i potrzebę lżejszej literatury.

Reklamy

Sensacyjne lato, czyli dlaczego chciałam wjechać pod ciężarówkę

Dziś trzeci już dzień kołobrzeskiego festiwalu „Sensacyjne lato filmów”, a ja, choć mieszkam nieopodal Regionalnego Centrum Kultury, w którym wyświetlana jest większość filmów, obejrzałam w jego ramach zaledwie jeden film. Spoglądam z lekką zazdrością na tych wszystkich turystów dysponujących odpowiednią ilością czasu oraz energii by wybrać się na wszystkie interesujące ich filmy. Z drugiej jednak strony, ze względu na miejsce mojego zamieszkania, miałam szansę obserwować rozwój wspomnianego festiwalu od samego początku jego istnienia (choć niedługa jego historia), a sam Tomasz Raczek stał się niemalże moim dobrym znajomym. Mego mniemania nie zmienia wcale fakt, iż nie zamieniłam z Panem Tomaszem ani słowa, gdyż drżę na samą myśl, że mogłabym wyjść przed nim na totalną filmową ignorantkę. Stąd planuję dalej pielęgnować w sobie tę wyimaginowaną, acz bardzo interesującą znajomość.

Filmem, na który udało mi się jakimś cudem dotrzeć był „Locke” Steven’a Knighta. Poprzedniego dnia miałam wybrać się na „Służby specjalne”, jednak pomyliłam godziny i na miejscu znalazłam się w momencie, gdy film trwał już dokładnie godzinę Zanim jednak opowiem swoje wrażenia po obejrzanym seansie, wspomnę, że organizatorzy przygotowali dla widzów miłą niespodziankę. Przy wpuszczaniu na seans, każdej dzierżącej bilet w dłoni osobie, rozdawano czteropaki z filmami DVD. W ubiegłym roku prezenty takie otrzymywali jedynie „wytrwali”, którzy pozostawali na dyskusjach następujących po wybranych filmach. Zawartość paczki pozostaje dla niewiadomą aż do momentu rozerwania folii i rozłożenia opakowania. W pierwszej chwili poczułam się tym razem delikatnie rozczarowana, gdyż zostałam obdarowana identycznym zestawem filmów co w zeszłym roku. Jednakże po konsultacji z siedzącym obok i niezwykle sympatycznym małżeństwem, które otrzymało zdublowane zestawy dokonaliśmy wymiany.

1fb70feb1628437d5b566df52a3f8a7e

Przechodząc jednak do sedna: film „Locke” bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Po lekturze skrajnych opinii na jego temat szłam na seans z myślą, iż trwa on zaledwie 1,5h, więc nawet jeśli okaże się być zupełną klapą, nie będzie to aż tak duża wyrwa w moim życiorysie.

Wspomniany już Tomasz Raczek, podczas krótkiego wystąpienia przed seansem, całkiem trafnie zauważył, iż film ten spełnia wszystkie trzy zasady klasycznej greckiej tragedii: jedność czasu, miejsca i akcji. Mamy jednego bohatera, Ivana Locke’a (w tej roli rewelacyjny Tom Hardy!), który przez cały film jedynie prowadzi samochód i w międzyczasie odbywa liczne rozmowy telefoniczne. Teoretycznie nie dzieje się nic. W rzeczywistości jednak dzieje się wszystko. Jest trzymająca w napięciu akcja, są silne emocje. Na miejscu głównego bohatera, którego życie podczas półtoragodzinnej podróży zmienia się diametralnie, chyba z premedytacją wjechałabym pod którąś z mijających go na autostradzie ciężarówek. Choć tego typu zachowanie byłoby zapewne sprzeczne z postanowieniem Ivana Locke’a, który uznał za właściwe stawić czoło sytuacji, w której się znalazł.

Właściwie nie wiem co więcej mogłabym na temat tego filmu powiedzieć nie zdradzając jego fabuły, która na pierwszy rzut oka nie wygląda porywająco. Niemniej, zachęcam do znalezienia chwili aby film ten obejrzeć i wczuć się w emocje bohatera, które nie mogą mnie opuścić nawet niemal dobę po zakończeniu seansu.

Marka – kto kogo konsumuje?

large

Lektura książki autorstwa Naomi Klein „No logo”, zwanej przez wielu „biblią alterglobalistów”, skłoniła mnie do paru przemyśleń związanych z tematem globalizacji oraz, co się z nią łączy, wszechobecności różnorodnych marek.

Niestety, książki już pod ręką nie mam ponieważ zmuszona byłam zwrócić ją do biblioteki, jednak w głowie pozostały mi pewne ogólne konkluzje z niej wynikające. Do tego stopnia, że wchodząc do sieciówek zaczęłam odczuwać coś w rodzaju niechęci do samej siebie. Uczucie to jednak ostatnio nieco zelżało gdy przyjrzałam się zawartości swojego portfela i liczbom na koncie. Niestety.

W telewizji co jakiś czas można trafić na programy ukazujące trudy życia, a przede wszystkim trud pracy jaki zmuszeni są znosić pracownicy szwalni czy innych zakładów wytwarzających produkty dla światowych marek. Są to obrazy bardzo poruszające, po obejrzeniu których budzi się wewnętrzny brak zgody na traktowanie ludzi w taki sposób. Kilka dni później zapominamy o obejrzanym filmie i dokonujemy zakupu rzeczy wyprodukowanych przez osoby podobne do tych ukazanych w programie. Robimy to z braku alternatywy, wiedzy, chęci.

Specjalne strefy ekonomiczne zamiast pomagać krajom o spowolnionym tempie rozwoju zdają się jedynie pogłębiać dotychczasowe problemy związane z wyzyskiem i tak taniej już siły roboczej. Wielkie koncerny zakładając niemalże swoiste miasteczka zatrudniają setki, ba – tysiące ludzi, którzy nie mając wyjścia, decydują się na pracę za głodowe stawki. Korporacje, choć zwolnione z płacenia podatków, wcale nie podnoszą swoim pracownikom pensji. Tym sposobem ubogie regiony stają się jeszcze bardziej biedne lub co najmniej nic się w nich nie zmienia. Nie jestem aktualnie w stanie podać dokładnych liczb, lecz według informacji podanych w książce Naomi Klein, firma GAP swoim chińskim pracownikom przez długi czas płaciła wynagrodzenia w wysokości około 20-30 centów, podczas gdy podwyżka do około 70 centów pozwoliłaby tym ludziom na swobodne utrzymanie. Potrafię pojąć chęć uzyskania przez przedsiębiorstwa najwyższego możliwego zysku, jednak nie rozumiem powyższego podejścia. Nie wierzę w to, że podniesienie stawek do zwyczajnie przyzwoitego poziomu obniżyłoby zyski firm aż tak znacznie. Wygląda na to, iż światem włada zwyczajna chciwość i pragnienie bogactwa za wszelką cenę.

Jednocześnie ceny ubrań, przynajmniej w Polsce, wcale nie są szczególnie niskie. Zwłaszcza w relacji do pensji przeciętnego pracownika (nie mylić ze średnią pensją). Gdy pomyślę, że koszty produkcji bluzki kosztującej 150 zł (która często po kilku praniach nie nadaje się do noszenia) wyniosły może 10 zł, a osoba ją szyjąca otrzymała z tego wszystkiego (w porywach!) 1-2 zł, zaczynam nabierać coraz większej chęci bojkotu wszystkich firm działających w podobny sposób. Nie potrafię, naprawdę nie potrafię zrozumieć postawy, w której budowanie marki staje się wartością nadrzędną, ale zdrowie i życie ludzi znajduje się na samym końcu listy priorytetów.

Bombardowani reklamami z każdej strony bezwiednie dajemy się porwać szaleństwu konsumpcjonizmu. Kupujemy na potęgę, często rzeczy niepotrzebne lub prezentujące niską jakość, ale dzięki temu staramy się nadążać za najnowszymi trendami. Nabywane przez nas produkty cieszą się coraz krótszą żywotnością, jesteśmy zachęcani do zakupu nowych, lepszych, odpowiadających aktualnej modzie.

Rynek zdaje się raczej skupiać na tworzeniu potrzeb aniżeli ich zaspokajaniu. Każda reklama ma na celu stworzenie w nas chęci zaspokojenia pragnienia posiadania rzeczy, bez której tak naprawdę moglibyśmy się obyć i dalej prowadzić szczęśliwe, wcale nie wybrakowane życie. Jako studentka ekonomii rozumiem prawa rządzące rynkiem oraz fakt, że kupowanie i wydawanie pieniędzy nakręca gospodarkę, jednak skala, którą zaczyna to zjawisko przybierać zdecydowanie mnie przytłacza.

Sama niekiedy wpadam w małe szaleństwo zakupowe i nie będę kryć, że lubię stawać się posiadaczką nowych, pięknych rzeczy. Rzecz w tym, iż w chwilach (trwających niekiedy całe miesiące) bez dokonywania większych zakupów i skupianiu się na nabywaniu jedynie rzeczy w moim mniemaniu niezbędnych, nie czuję się specjalnie gorzej. Od momentu, kiedy znacznie ograniczyłam przeglądanie blogów modowych oraz oglądanie filmików, w których youtuberki prezentują kolejne zakupione przez siebie ubrania i kosmetyki (które ja również koniecznie powinnam nabyć!) przestałam odczuwać nieodpartą chęć zdobycia tych wszystkich rzeczy. Nadal kupuję, ale staram się to robić z głową i nie wydawać pieniędzy (których nie mam) na produkty, które tak naprawdę nie są mi potrzebne.

Nie jestem przeciwniczką zakupów, jestem jednak przeciwniczką wyzysku i kiepskiej jakości. Zaprzestanie kupowania w tzw. sieciówkach z pewnością nie poprawi życia szwaczek pracujących dla tych firm za najniższe możliwe stawki, ale jasno wyrażany przez konsumentów sprzeciw – tak. Podobnie rzecz ma się z wątpliwą jakością ubrań. Szybka moda zmieniająca się kilka razy w roku wymusza szybkie szycie ubrań, które mają szansę przetrwać zaledwie parę miesięcy (w sumie to po co dłużej, skoro i tak za moment nie będą modne). Nie jest to zresztą problem jedynie sieciówek. Coraz częściej również „poważne” marki szyją swoje ubrania w krajach azjatyckich, a wysokie ceny wcale nie są wyznacznikiem jakości.


Podaję kilka książek oraz linków do artykułów, które traktują o temacie, czy raczej – tematach, które poruszyłam:

Naomi Klein „No logo” – pozycja oczywista. Dla wszystkich, którzy chcą poznać proces powstawania marek i mechanizmy ich działania (niekiedy bardzo zaskakujące, czasem powszechnie znane). Świetnie obnaża ciemne strony takich firm jak Nike, Disney czy Wal-Mart. Warto.

George Ritzer „Makdonaldyzacja społeczeństwa” – choć momentami nieco przydługa, jednak w jasny sposób ukazuje proces makdonaldyzacji społeczeństwa, czyli krótko mówiąc – przyspieszenia i doprowadzenia maksymalnej wydajności wszystkich procesów zachodzących w każdej dziedzinie życia.

Benjamin R. Barber „Skonsumowani. Jak rynek psuje dzieci, infantylizuje dorosłych i połyka obywateli” – kolejna pozycja traktująca o tym, jak wszechobecne marki za wszelką cenę próbują skłonić nas do konsumpcji. Do tego stopnia, iż stajemy się niewolnikami wielkich koncernów.

Marta Spała „Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków” – przyznaję, iż tej książki jeszcze nie przeczytałam, lecz zamierzam po nią sięgnąć w przeciągu najbliższych tygodni. Autorka opisuje w niej trwający rok eksperyment, do którego obok jej własnej rodziny postanowiły przyłączyć się także inne osoby. Wspólnie postanawiają ograniczyć konsumpcję do absolutnego minimum i sprawdzić, co z tego wyniknie. Tutaj można przeczytać wywiad z autorką.

Blogerzy modowi w fabryce ubrań – norweski dziennik „Aftenposten” wysłał do Kambodży trójkę nastoletnich blogerów modowych aby na własne oczy zobaczyli jak wygląda produkcja ubrań, które kupują. Tutaj można obejrzeć odcinki powstałego serialu dokumentalnego.

Style Digger – Joanna Glogaza z właściwą sobie lekkością pisze o slow fashion. Całkiem niedawno wydała również książkę na ten temat, a wraz z mamą prowadzi firmę produkującą przepiękne piżamy.

Słów kilka o prawach człowieka w Iranie

Zgodnie z moimi przypuszczeniami, których postanowiłam oczywiście nie słuchać, zakładanie bloga w samym środku sesji okazało się nie być najlepszym pomysłem. Wszystkie niesamowite plany i pomysły związane z blogiem zostały ostatecznie przesunięte na koniec listy priorytetów, lecz teraz wracam (czy też, bardziej trafnie, zaczynam naprawdę).

Długo zastanawiałam się w jaki sposób ugryźć temat, o którym chciałabym opowiedzieć, nie powodując jednocześnie dysonansu w odczuciach. W połowie czerwca, tuż przed sesją (miewam naprawdę genialne pomysły) wybrałam się na międzynarodowy wiec w Paryżu dotyczący walki o prawa człowieka w Iranie. Nie będę kryć, iż głównym powodem dla którego zdecydowałam się spędzić 17 godzin w autokarze, a następnie 8 godzin na konferencji była możliwość zwiedzenia stolicy Francji za naprawdę niewielkie pieniądze. Zgodziłam się zostać opiekunką swojej grupy, co okazało się być kolejnym pomysłem, którym jedynie utrudniłam sobie życie. Ostatecznie (bazując na opiniach pozostałych uczestników podróży) wybrnęłam jakoś ze wszystkich trudnych sytuacji.

Prawa człowieka w Iranie

Przechodząc jednak do głównego wątku (ponieważ Paryż, choć piękny, nie jest dziś podstawowym tematem) – udział we wspomnianym wiecu sprawił, że zainteresowałam się nie tylko samym Iranem i tamtejszą sytuacją, lecz także organizatorami zgromadzenia.

Islamski fundamentalizm nie jest zjawiskiem zagrażającym jedynie zachodnim cywilizacjom. W samym Iranie coraz częstsze są przypadki łamania praw człowieka pod przykrywką religii. Liczba dokonywanych w Iranie egzekucji nieustannie rośnie i według nieoficjalnych danych zebranych przez Ahmeda Shadeeda, tylko w roku 2014 wykonano ich 753. Amnesty International informuje o 607 przeprowadzonych egzekucjach w 2014 roku na całym świecie, z których 289 miało miejsce w Iranie. Znaczne nasilenie tego rodzaju działań nastąpiło wraz z przejęciem władzy przez Hassana Rouhaniego. Na konferencji mój niepokój wzbudziły rozwieszone w różnych miejscach plakaty ze zdjęciami szpiegów Rouhaniego wraz z prośbą, by w przypadku rozpoznania któregoś z nich wśród tłumu, skontaktować się z organizatorami pod wskazanym numerem telefonu.

W Iranie z różnego rodzaju uciskiem spotykają się właściwie wszystkie grupy ludzi, którym nie podoba się polityka prowadzona przez aktualną władzę (choć nie tylko – częste są także przypadki zupełnie nieświadomego łamania tamtejszego, niejasnego prawa). Według informacji umieszczonych na ulotce przygotowanej przez organizatorów wiecu, całkiem niedawno skazano w Iranie na 20 lat więzienia kobietę za umieszczenie na Facebooku „niepoprawnego” komentarza. W ubiegłym roku miało miejsce aż 5700 demonstracji (średnio 15 dziennie), w tym między innymi protesty społeczne (2114), protesty robotnicze (1138), protesty młodzieży i kobiet przeciw uciskowi (987), demonstracje studenckie (413), protesty popierające więźniów (373; aktualnie ponad 3000 więźniów oczekuje na egzekucję), protesty kupców barowych (262), strajki nauczycielskie (255), protesty rolnicze (133) oraz protesty pielęgniarek i personelu szpitalnego (92). Tak ogromna liczba demonstracji jest dowodem na całkowity brak stabilizacji w tym kraju, a jednocześnie daje nadzieję na zmiany, ponieważ pokazuje, iż ludzie wciąż nie zatracili woli walki o normalność.

Jedną z wciąż stosowanych metod egzekucji w Iranie jest kamieniowanie. Mówi o nim chociażby artykuł 104 Kodeksu Karnego: „Kamienie nie mogą być tak duże, że ofiara umiera od uderzenia dwoma z nich, ani tak małe, że nie można ich uznać za kamienie”. W temacie egzekucji wypowiedział się Mohammad Javad Larijani, przewodniczący irańskiej Rady Praw Człowieka: „Zamiast chwalić Iran za zwiększenie liczby egzekucji i jego zdecydowane działania przeciw przestępczości, międzynarodowe ciała posługują się tym faktem, by atakować Iran z racji naruszania praw człowieka”. Słowa te, przynajmniej w moim odczuciu, brzmią niemalże jak uderzenie w twarz. Zwłaszcza, gdy za chwilę dowiaduję się, że 26-letnia Reyhaneh Jabbari została skazana na ukamieniowanie za zabójstwo, którego dokonała w obronie własnej przed gwałtem pewnego agenta ministerstwa wywiadu.

W tym miejscu aż nie sposób nie wspomnieć o szczególnie trudnej sytuacji kobiet w Iranie. Według tradycji miejsce kobiet jest w domu, a podstawowymi obowiązkami „dbanie o męża oraz rodzenie i wychowywanie dzieci”. W jakiejkolwiek aktywności społecznej kobiet upatruje się źródła wszelkich patologii (np. korupcji), a jeśli kobieta zdecyduje się jednak na działalność powinna czynić to w ukryciu oraz „odpowiednio” ubrana. Wciąż liczne są przypadki oblewania kobiet kwasem, a na 77 kierunkach studiów obowiązuje zakaz podejmowania ich przez kobiety. Co szokujące, obecny prezydent niespełna dwa lata temu podpisał ustawę, według której mężczyźni mają prawo zawierania ślubu z adoptowanymi przez siebie córkami.

Maryam Radżawi – terrorystka czy nadzieja?

Zdecydowanie najważniejszą postacią występującą podczas czerwcowej konferencji była Maryam Radżawi. Stworzony przez nią dziesięciopunktowy plan dla przyszłego Iranu przewiduje między innymi wprowadzenie ustroju demokratycznego, zapewnienie wolności zgromadzeń i wypowiedzi, zniesienie kary śmierci, rozdzielenie kościoła od państwa (!), gwarancję równości płci czy rezygnację Iranu z programu nuklearnego. Piękne są to postulaty, lecz kim tak naprawdę jest owa Maryam?

Urodzona w 1953 roku w Teheranie, aktualna liderka opozycji występującej przeciwko islamskiemu reżimowi, już podczas studiów na Uniwersytecie Sharifa zaczęła angażować się w działalność studencką. W 1970 roku przyłączyła się do grupy Mudżahedinów Ludowych. Organizacja powstała w 1965 roku i w swojej ideologii łączyła elementy islamu oraz marksizmu, a głównym celem jej działalności była walka z reżimem ówczesnego szacha, Mohammada Reza Pahlawi. Podstawowym zarzutem stawianym władzy przez Mudżahedinów była nadmiernie prozachodnia polityka, która nie odpowiadała wielu Irańczykom. Początkowo działalność ruchu skupiała się na walce ideologicznej, jednak z czasem zaczęła przybierać charakter walki zbrojnej. W latach 70. obie strony konfliktu uciekały się do coraz okrutniejszych posunięć. Sam szach, przy pomocy policji SAVAK, doprowadził do śmierci niemal wszystkich przywódców Mudżahedinów, którzy z kolei przeprowadzili kilka zamachów na amerykańskich wojskowych i inżynierów przebywających w Iranie. Podczas rewolucji w 1979 roku organizacja stanęła po stronie Chomeiniego, który właśnie powrócił z trwającego kilkanaście lat wygnania. W rezultacie rewolucji doszło do obalenia szacha, który opuścił Iran, a władzę przekazał premierowi Szapurowi Bachtijarowi.

Rewolucja irańska przyczyniła się także do wzrostu popularności Maryam, która zajmowała się wówczas rekrutacją do organizacji nowych studentów. W 1980 roku zdecydowała się na kandydowanie w wyborach parlamentarnych. Uzyskana liczba głosów okazała się jednak niewystarczająca do otrzymania mandatu. Maryam nie zrezygnowała jednak z działalności politycznej i zajęła się organizacją demonstracji określanych jako pokojowe, choć w ich trakcie zginęły setki Irańczyków. Wspomniane demonstracje stanowiły wyraz niezadowolenia z polityki Chomeiniego, którego Mudżahedini jeszcze chwilę temu popierali. W 1982 roku Maryam emigrowała do Paryża, gdzie znajdowało się centrum irańskiego ruchu opozycyjnego. Trzy lata później została wiceprzewodniczącą ugrupowania (jej mąż, Masud Radżawi, był przewodniczącym), a w 1989 roku została sekretarzem generalnym Ludowych Mudżahedinów. W 1993 roku Maryam została wybrana przez Narodową Radę Wyzwolenia Iranu na przyszłą prezydent kraju, która miała się stać tuż po upadku Islamskiej Republiki.

Kolejne lata minęły dla Maryam pod znakiem aktywnej działalności politycznej, także na rzecz kobiet, które zaczęły dzięki niej zajmować kluczowe stanowiska w organizacji. Jednakże dziesięć lat później, w czerwcu 2003 roku, została aresztowana ramach akcji francuskiej grupy antyterrorystycznej. Wydarzenie to poskutkowało licznymi sprzeciwami. Miały miejsce protesty, w tym głodowe oraz samopodpalenia. Za samą Maryam stanęła Danielle Mitterrand, żona byłego prezydenta Francji, która ostro potępiła czerwcowe wydarzenia. Po upływie miesiąca wszyscy aresztowani zostali zwolnieni wyrokiem sądu.

Ruch Mudżahedinów Ludowych przez wiele lat znajdował się na liście ugrupowań terrorystycznych. W 2009 roku Unia Europejska postanowiła wykreślić organizację ze wspomnianej listy, natomiast Stany Zjednoczone uczyniły to w roku 2012. Sama Maryam wciąż silnie angażuje się w działalność opozycyjną, czego wyrazem są organizowane rokrocznie, od 2008 roku, konferencje w Berlinie i Paryżu.

Kwestia tego, czy ugrupowanie Mudżahedinów Ludowych, a tym samym Maryam powinni być zaliczani do terrorystów wydaje się dla mnie dyskusyjna. Po przeprowadzeniu analizy historii Iranu łatwo zauważyć, że nic nie jest ani nie było tam jedynie czarne albo białe. Mudżahedini z pewnością mają wiele na sumieniu, jednak łatwo jest oceniać znajdując się całkowicie na zewnątrz wszystkich wydarzeń. Organizacji z pewnością nie dodaje popularności fakt, iż podczas wojny iracko-irańskiej (1980-1988) znalazła schronienie pod skrzydłem Saddama Husajna (który wygnał z Iraku Chomeiniego w 1978 roku, skazanego wcześniej w Iranie na banicję i wysłanego do Turcji. Chomeini jednak postanowił skryć się w Iraku, aby następnie powrócić do Iranu, znaleźć poparcie wśród Mudżahedinów, a następnie stać się ich wrogiem… ufff, skomplikowana historia). W 2001 roku Mudżahedini ogłosili, iż wyrzekają się przemocy jako sposobu walki politycznej i od tego czasu rzeczywiście nie słychać o kolejnych akcjach przeprowadzonych przez ruch. W 2005 roku organizacja Human Rights Watch ogłosiła jednak raport, w którym przedstawiła dane mające stanowić dowód na stosowanie tortur w więzieniach Mudżahedinów w obozie Aszaraf.

Zdecydowanie jest to temat trudny i osobiście nie potrafię wydać ostatecznego „wyroku”. Cieszę się jednak, że na konferencję w Paryżu się wybrałam, gdyż dzięki niej postanowiłam zagłębić się nieco w historię Iranu by zrozumieć genezę obecnej sytuacji. Zainteresowanych odsyłam do kilku stron, które pozwalają poznać temat z różnych punktów widzenia:

Biogram Maryam
Jeszcze jeden biogram
O Maryam w natemat.pl
Iran kontra Ludowi Mudżahedini
Wykreślenie z listy grup terrorystycznych
Sylwetka Chomeiniego
Chomeini raz jeszcze
Mohammad Reza Pahlavi
Szapur Bachtijar
SAVAK

PS Usłyszałam podczas konferencji ponury żart: jeśli zaprowadzą porządek w Iranie, my nie będziemy mogli jeździć do Paryża za bezcen (udział w konferencji, przejazd i nocleg kosztowały zaledwie 175 zł). Tak bardzo zdaje się to oddawać sposób myślenia najważniejszych przywódców świata: jeśli wprowadzimy w Iranie demokrację, nie będziemy mogli czerpać zysków z aktualnej niestabilności.

Cześć

Jako stworzenie lubujące się w różnorodnych odmianach kultury chętnie zaczytywałam się dotychczas w przemyśleniach i opiniach innych. Nieskończona liczba własnych refleksji skłoniła mnie ostatecznie do stworzenia miejsca, które umożliwi mi dokonywanie swoistej dokumentacji rozważań i dzielenie się nimi. Bez zbędnych wstępów zatem, upajający się nie tylko literaturą, ale i winem, filmem oraz kawą mól książkowy raz jeszcze wita i zaprasza do czytania.

„Bądźcie pijani”

Trzeba być zawsze pijanym. W tym jest wszystko: i jedyny problem. Aby nie czuć strasznego ciężaru Czasu, który zgina wam ramiona i pochyla ku ziemi, bądźcie ciągle pijani. Ale czym? Winem poezją lub cnotą, jak wam się podoba. Lecz bądźcie pijani. A jeśli na schodach pałacu, wśród zielonej trawy rowu, a ponurej samotności pokoju, zbudzicie się mniej pijani lub trzeźwi, zapytujcie wiatru, fali, gwiazdy, ptaka, zegara, wszystkiego, co ucieka, wszystkiego, co się żali, wszystkiego, co się toczy, wszystkiego, co śpiewa, wszystkiego, co mówi, która jest godzina; i wiatr, fala, gwiazda, ptak, zegar, odpowiedzą wam: ‚Jest godzina pijaństwa! Aby nie być udręczonymi niewolnikami Czasu, bądźcie ciągle pijani! Winem, poezją lub cnotą, jak wam się podoba.

Ch. P. Baudelaire